Konkurs, który organizowała nasza strona, BritneySpears.pl, z okazji premiery siódmego albumu studyjnego Britney, Femme Fatale dobiegł końca. Dostaliśmy mnóstwo prac, za które serdecznie dziękujemy. Ciężko było wybrać trzy najlepsze spośród tak wielu świetnych recenzji. Dziś prezentujemy Wam pracę Szymona, która zajęła drugie miejsce i to do niego wędruje płyta Femme Fatale Promo Deluxe ( TUTAJ zdjęcie). Recenzję prezentujemy Wam w komentarzach a Szymonowi gratulujemy! Już w środę zamieścimy wygraną recenzje.

Wieszcze z koncernów płytowych raczą nas kolejnym (którym to już z kolei?) powrotem upadłej księżniczki popu. Tym razem po niestrawnej przesłodko-kiczowatej mieszance w postaci cyrku, której masy nie wyniosły na wyżyny uwielbienia, postanowiono odmienić oblicze Britney. Cyrkowej laleczce odebrano tiulowe spódniczki i wciśnięto ją w śnieżnobiałą sukienkę, rzucając na wielkie paryskie łoże. Miała wyjść Femme Fatale, wyszła podstarzała lolitka. Bo z Britney to może i Femme, ale na pewno nie Fatale.
Próżno tu szukać artystycznego konceptu, górnolotnego przesłania, manifestu dojrzałości... Nikt tego nie oczekuje od Britney Spears. Gwiazdy, której jedynymi atutami były nieziemski taniec i nieodparty urok osobisty. Oba przymioty straciła wraz z włosami w 2007 roku. Włosy odrosły, walory przepadły. Zdaje się bezpowrotnie… Został jedynie skrajnie wyreżyserowany produkt, którego wnętrze zdaje się być zagubione w otaczającym je czasie i przestrzeni.
Po najlepszym albumie, jaki udało się popełnić Spears, "In The Zone" z 2003 roku, zdawało się, że Britney ma przed sobą swoje najlepsze lata. Orientalny pop dawał nadzieję na to, że plastikowa lalka Barbie z uśmiechniętej cheerleaderki przeistoczy się w dojrzałą artystkę. Jednak z każdą kolejną płytą zaczynam się przekonywać, że to jedynie złuda wytworzona w mojej wyobraźni. Niestety, "Femme Fatale"utwierdza mnie w tym przykrym przekonaniu.
O ile przy swoich wcześniejszych produkcjach Britney włączała się w proces twórczy w większym lub mniejszym stopniu, teraz jest już tylko wykonawcą, który bezwiednie powtarza słowa podrzucone mu przez suflera. Nie wiem czy określenie „wykonawca” nie jest nadużyciem, gdyż wokal gwiazdy to jedynie baza dla komputerowych przeróbek, jakie serwowane są w finalnych wersjach piosenek. Kiedy w przypadku (nomen omen bardzo dobrej) płyty Blackout przefiltrowany głos Britney jest kolejną warstwą mistycznego świata elektronicznych dźwięków, w przypadku utworów z "Femme Fatale" wydaje się być jedynie bezsensownym maskowaniem dosyć ciekawej barwy Spears.
Na okładce albumu czytamy: Britney Spears, Femme Fatale. Na miejscu nazwiska gwiazdy powinny znaleźć się zupełnie inne personalia. Tożsamość dwóch mężczyzn, którzy sprawili, że ten album w ogóle powstał. Duetu, który miał zamysł, koncepcję, który stworzył ideę "Femme Fatale" od początku do końca. Pary świetnych producentów - Dr. Luke’a oraz Maxa Martina. Spears można ewentualnie dorzuć „na featuring”. Ta dwójka mężczyzn pomieszała cechujący Britney pop z ekscytującą elektroniką, dancem, techno czy nawet elektropopem. Użyła Spears jako instrumentu, tworząc album lekki i przyjemny dla ucha, który na szczęście nie zahacza o kicz i tandetę.
Czterdziestoczterominutową taneczną przeprawę przez dwanaście niebezpiecznie porywających rejonów muzycznego świata „Britney Spears” rozpoczyna apokaliptyczny utwór Till the World Ends o nieprzyzwoicie uzależniającym beacie. Piosenka stworzona m.in. przez Ke$hę jest uosobieniem dawnej Britney: Taniec ponad wszystko. Jeżeli jakimś cudem hipnotyzujący dźwięk nie porwie nas do nieokiełznanej zabawy, zrobią to kwestie wyśpiewywane przez Spears i chwytliwe sylabizowanie oh, którego nie można wyrzucić z głowy. W takim rytmie tylko wyczekiwać końca świata.
Jeszcze nie opadła ekstaza tanecznej eksplozji, gdy żar parkietu ustępuje hipnotycznemu brzmieniu Hold It Against Me, które wprowadza słuchacza w dubstepowy trans. Utwór jako pierwszy singiel promujący "Femme Fatale" okazał się mylną wizytówką muzyki zawartej na albumie. Choć tak odmienny od brzmienia pozostałych kompozycji, ciekawą strukturą dźwiękową idealnie wpasowuje się w stylistykę płyty. Pojękiwania, szepty i pomruki w kulminacyjnym momencie utworu prowadzą do transenergetycznego wybuchu. Nie można wykorzystać tego przeciwko Britney.
Do mroku poprzedniej pozycji nawiązuje kolejna kompozycja Inside Out. Eksperymentalne połączenie ballady z niebezpiecznie tanecznym brzmieniem dosłownie przeszywa na wskroś wszystkie zmysły. Z transu wyrywa nas zawadiacko uzależniające pogwizdywanie w piosence I Wanna Go. Spears brzmi tu jakby postradała zmysły. Liczy się tylko muzyka i na tej wariackiej drodze nie ma żadnych przeszkód. Chce się nią podążać.
Eksperymentów ciąg dalszy. Mnóstwo niezidentyfikowanych dźwięków przypominających gry z lat 90. Słuchając How I Roll mamy wrażenie, jakbyśmy zażyli jakieś nielegalne substancje. Nabici w butelkę. I lubimy to. Ten narkotyczny stan beztroski przerywa zadziorne (Drop Dead) Beautiful, na którym gościnnie udziela się debiutująca raperka Sabi. To właśnie jej partia i perlisty śmiech sprawia, że ten utwór nie jest pomyłką, gdyż sama Britney nie udźwignęłaby tego.
Atmosferę zadymionej speluny niszczy słodki chórek w utworze Seal It With The Kiss. Całość cementuje brudny beat, który staje w całkowitej opozycji do przesłodzonych wokali pobocznych. Napięcie z (Drop Dead) Beautiful znów powraca! Tym razem dzięki uzależniającemu Big Fat Bass, w którym Britney towarzyszy will.i.am znany z zespołu The Black Eyed Peas. Kilka linijek powtarzanych jak mantra przez całą piosenkę, intrygujące zwrotki i zaskakujące poprowadzenie kompozycji sprawia, że piosenka swoim tłustym basem hipnotyzuje słuchacza i nie pozwala mu o sobie zapomnieć.
Trouble for Me wpada do naszego ucha tak szybko, jak z niego wylatuje. To dobra piosenka taneczna, które tak naprawdę nic nie znaczy. Po tej energetycznej eksplozji nadszedł czas na chwilę wyciszenia. Britney w Trip to Your Heart kołysze nas do snu. Ta piękna kołysanka w średnim tempie pozwala nam przeżyć na parkiecie podróż do wnętrza duszy…
Ze stanu uniesienia wyrywa nas napastliwe Gasoline, które dostarcza ostatnich sił, by oddać się muzyce. Rozpala ogień. Delikatny flet znów wprowadza w stan zadumy. Najlepsza piosenka, jaka znalazła się na albumie. Coś, czego u Britney jeszcze nie było, a w jakim kierunku powinna podążyć. Criminal to epicki poemat o nieszczęśliwej miłości, list do zatroskanej matki, który zamyka cały album. Sprawia, że mamy ochotę na więcej Spears, ale w wersji lirycznej, więc "Femme Fatale" tym razem nie zostanie odtworzone ponownie. Jedynie ten jeden utwór…
Na odbiór albumu składa się wiele elementów. Taką samą rolę odgrywa muzyka, teksty, oprawa graficzna jak i sam tytuł, który powinien być drogowskazem interpretacyjnym. Nawet kiedy mówimy o muzyce pop. Jeżeli chodzi o kobietę fatalną. Taka właśnie jest Britney w piosenkach, które ilustruje swoim głosem. Piękna, seksowna pewna siebie… Uwodzi, prowokuje, wykorzystuje, porzuca… Britney weszła w rolę jaką przygotowali dla niej Dr. Luke i Max Martin. Ta prawdziwa, która spogląda na nas z okładki albumu "Femme Fatale" to ten sam aniołek z …Baby One More Time, lecz tym razem usiłuje zademonstrować trącące fałszem diabelskie spojrzenie. To doskonale pokazuje, że najnowszy album nie jest żadnym artystycznym manifestem Britney Spears i nie chodzi tu o nieudane zdjęcie okładkowe…
Tak czy inaczej "Femme Fatale" to bardzo dobry chwytliwy, intrygujący, taneczny, jednocześnie spójny i zróżnicowany album. Pochwała za jego stworzenie należy się jednak całemu sztabowi producentów i muzyków, a nie samej „sztukmistrzyni”. Marka „Britney Spears” dostaje piątkę. Britney Spears jako artystka musi powtarzać klasę. (Szymon)
|